Recenzja: „Histeria. Romantyczna historia wibratora"
Bez wibracji
Po pierwszym kwadransie wiadomo już właściwie wszystko. Historyjka jest opowiadana sprawnie, ale też w sposób do bólu przewidywalny.
Służąca doktora (Sheridan Smith) z głównym bohaterem filmu.
HAGI/materiały prasowe

Służąca doktora (Sheridan Smith) z głównym bohaterem filmu.

Wibrator od czasu swojego stworzenia (koniec XIX w.) doczekał się coraz nowocześniejszych i bardziej wypasionych wersji (najnowsze przypominają drogą biżuterię i są jednocześnie dyskiem zewnętrznym o pojemności 16 GB), kilku filmów dokumentalnych, teraz zaś doszła komedia romantyczna. Malowniczy Londyn czasów królowej Wiktorii, nauka walczy o lepsze z magią, medycyną ludową i przesądami, rodzi się feminizm, w siłę rośnie socjalizm.

W tych okolicznościach młody lekarz Mortimer Granville (Hugh Dancy) próbuje przekonać kolejnych przełożonych do rewolucyjnej teorii zarazków i dbania o czystość w szpitalu. Wyrzucony, znajduje pracę w prywatnej ekskluzywnej przychodni dystyngowanego doktora Roberta Dalrymple’a (Jonathan Pryce), leczącego bogate, smutne panie z histerii metodą, hmm..., manualną.

Doktor Dalrymple ma dwie córki: piękną, ułożoną i pozbawioną własnych poglądów Emily (Felicity Jones) oraz energiczną, upartą, nowocześnie myślącą Charlotte (Maggie Gyllenhaal), feministkę prowadzącą szkołę dla dzieci robotników. W tym samym czasie przyjaciel Mortimera, ekscentryczny lord Edmund St. John-Smythe (Rupert Everett) prowadzi badania nad rozmaitymi wynalazkami...

Fani lekkich komedii romantycznych może wyjadą z kina zadowoleni, fani wibratora – zdecydowanie nie. A przecież ten wynalazek, jak żaden inny, został stworzony, by dawać przyjemność. Wszystkim.

Histeria. Romantyczna historia wibratora, reż. Tanya Wexler, Jonah Lisa Dyer, prod. Wielka Brytania, 95 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj