Recenzja filmu: "Czarny ocean", reż. Marion Hansel

Rozszczepianie jądra młodości
Szkoda, że „Czarnego oceanu” nie nakręcił van Sant albo Herzog. Byłaby szansa na wydarzenie artystyczne.
Nicolas Robin gra jednego z marynarzy
VIVARTO/materiały prasowe

Nicolas Robin gra jednego z marynarzy

Pod ręką Belgijki Marion Hansel („Między złem a błękitnym oceanem”) ciekawy temat dramatycznych skutków prób jądrowych niedaleko atolu Mururoa w Polinezji Francuskiej w latach 70. ubiegłego stulecia rozmył się niestety w letniej temperaturze szeregu pseudopoetyckich scen. Na wojskowym transportowcu sunącym po rozsłonecznionym oceanie w grupce niedoświadczonych marynarzy znajduje się m.in. wrażliwy właściciel psa przybłędy, otyły maminsynek gadający przez sen i osiłek wymuszający rękawicami bokserskimi posłuszeństwo.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną