Recenzja filmu: "Czarny ocean", reż. Marion Hansel
Rozszczepianie jądra młodości
Szkoda, że „Czarnego oceanu” nie nakręcił van Sant albo Herzog. Byłaby szansa na wydarzenie artystyczne.
Nicolas Robin gra jednego z marynarzy
VIVARTO/materiały prasowe

Nicolas Robin gra jednego z marynarzy

Pod ręką Belgijki Marion Hansel („Między złem a błękitnym oceanem”) ciekawy temat dramatycznych skutków prób jądrowych niedaleko atolu Mururoa w Polinezji Francuskiej w latach 70. ubiegłego stulecia rozmył się niestety w letniej temperaturze szeregu pseudopoetyckich scen. Na wojskowym transportowcu sunącym po rozsłonecznionym oceanie w grupce niedoświadczonych marynarzy znajduje się m.in. wrażliwy właściciel psa przybłędy, otyły maminsynek gadający przez sen i osiłek wymuszający rękawicami bokserskimi posłuszeństwo. Jest też kadra oficerska surowo karząca niesubordynację i głupie wybryki rekrutów. I tak w sennej, zgoła niegroźnej atmosferze upływa im czas, aż do chwili, gdy otrzymują rozkaz założenia ciemnych okularów i wpatrywania się w rozbłyskujący horyzont, gdzie tworzy się ogromna radioaktywna chmura w kształcie grzyba atomowego.

Reżyserce nie chodzi o krzykliwą sensację, tylko wyciszoną metaforę straconej młodości z bezpowrotnie odebraną szansą na piękne, szczęśliwe życie. Niestety, widoki poszturchujących się, zasypiających na nocnej wachcie chłopaków, nie zastąpią żywej akcji oraz rozwiązywania dramatycznych wyborów. Pomysł, aby ukazać życiową i ekologiczną katastrofę (na skutek wybuchów jądrowych wyspom grozi dziś zapadnięcie pod wodę), wydawał się mocny, ale skończyło się na impresyjnych scenkach.

Czarny ocean, reż. Marion Hansel, prod. Belgia, Francja, Niemcy, 89 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj