Recenzja filmu: "Babycall", reż. Pal Sletaune
Polowanie na duszę
Po „Łowcach głów” kolejny norweski thriller psychologiczny „Babycall” wystawia jak najlepsze świadectwo tej wciąż niedocenianej u nas kinematografii.
Noomi Rapace jako bohaterka „Babycall”
Aurora Films/materiały prasowe

Noomi Rapace jako bohaterka „Babycall”

Mimo że nie jest to opowieść inspirowana popularną sensacyjną literaturą, właśnie w scenariuszu tkwi jego siła. Historia rozwija się leniwie niczym w telewizyjnym serialu, nie budząc w zasadzie podejrzeń, że podskórnie toczy się tu jakaś dziwna gra. Oto matka (Noomi Rapace) z ośmioletnim synkiem (Vetle Qvenild Werring) trafiają do zastępczego mieszkania w bloku. Pracownicy z opieki społecznej nie wyglądają na chętnych do pomocy ani specjalnie życzliwych, ale zapewniają, że tam przynajmniej pozostaną bezpieczni. Mocno przestraszona kobieta jest po ciężkich przejściach. Jej mąż uciekał się do przemocy, katował dziecko. Teraz wszystko budzi jej lęk, wszędzie widzi niebezpieczeństwo. Chora atmosfera gęstnieje, aż robi się tak nieprzyjemna jak w ekranizacjach powieści Stephena Kinga. „Babycall” wciąga, zaskakuje i zdziwiłbym się, gdyby Amerykanie nie nakręcili remake’u.

Babycall, reż. Pal Sletaune, prod. Niemcy, Norwegia, Szwecja, 98 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj