Recenzja serialu: "Miasto cudów", reż. Ed Bianchi

Opatrzone cuda
Pierwsze odcinki „Miasta cudów” nie rzucają na kolana. Problemem są pozbawione pazura dialogi i nie dość interesujący bohaterowie.
Jeffrey Dean Morgan jako Ike Evans
HBO/materiały prasowe

Jeffrey Dean Morgan jako Ike Evans

Po sukcesie „Mad Menów” i „Zakazanego imperium” pojawiają się kolejne produkcje osadzone w malowniczej przeszłości Stanów Zjednoczonych, z widowiskową scenografią podbarwioną kolorami nostalgii, przedmiotami, które jeszcze nie były produkowane na masową skalę, z męskimi mężczyznami i kobiecymi kobietami beztrosko palącymi i pijącymi od rana do nocy itd. Akcja wyprodukowanego przez Starz Studios i pokazywanego przez kanał HBO „Miasta cudów” dzieje się, podobnie jak akcja serialu „Mad Men”, na początku lat 60., tyle że nie w Nowym Jorku, lecz w ciepłym Miami Beach na Florydzie, gdzie Ike Evans (Jeffrey Dean Morgan) legalnymi i nielegalnymi metodami walczy o przetrwanie swojego luksusowego hotelu Miramar Playa. Z kolei z „Zakazanym imperium” nowy serial łączy wątek mafijny. Wspólnikiem Ike’a jest Ben „Rzeźnik” Diamond (Danny Huston), który ma własne pomysły na hotelowy biznes, zwłaszcza że dotychczasowe źródło zysków – Kuba – zostało właśnie przejęte przez niechętnego obcym interesom Fidela Castro.

Problemów dokładają młode piękne żony obu wspólników (żonę Ike’a gra Olga Kurylenko, dziewczyna Bonda z „007 Quantum of Solace”) oraz dwaj dorośli synowie Ike’a i prokuratura. Pierwsze odcinki „Miasta cudów” nie rzucają na kolana. Problemem są pozbawione pazura dialogi i nie dość interesujący bohaterowie, którzy nie są w stanie wnieść życia w plażowo-palmowo-klubową scenografię.

Miasto cudów, HBO, start emisji: 4 sierpnia godz. 22.00

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj