Recenzja filmu: "Kochankowie z Księżyca", reż. Wes Anderson

Aż poleją się łzy
Błyskotliwy, najlepszy w dorobku Andersona film, wywołujący śmiech, łzy, wzruszenie i głęboki podziw.
Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) jako wielcy mali kochankowie
Kino Świat/materiały prasowe

Suzy (Kara Hayward) i Sam (Jared Gilman) jako wielcy mali kochankowie

W wystylizowanych na smutne komedie, dziwnych filmach Wesa Andersona („Rushmore”, „Genialny klan”, „Podwodne życie ze Stevenem Zissou”) bohaterowie wyglądają na głęboko zranionych, a jednocześnie są niesamowicie śmieszni. Przyczyną wydaje się nieodwzajemniona miłość. W istocie problem polega na wadliwym urządzeniu świata, który uniemożliwia spełnienie beznadziejnie ulokowanych uczuć. W „Kochankach z Księżyca”, siódmej fabule 43-letniego reżysera (dyplomowanego filozofa), młoda para nieprzytomnie zakochanych 12-latków pragnie rozpocząć dorosłe życie w oddalonej od cywilizacji kryjówce.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną