Recenzja filmu: "Frankenweenie", reż. Tim Burton

Powrót szalonego Burtona
30 lat temu animator Disneya zrealizował za garść dolarów aktorską krótkometrażówkę.
Animacja w hołdzie Frankensteinowi.
Disney/materiały prasowe

Animacja w hołdzie Frankensteinowi.

O chłopcu z przedmieścia, przywracającym za pomocą elektromagnetycznego urządzenia życie swemu ukochanemu psu, który zginął pod kołami samochodu. Bulterier z potwornymi bliznami, przypominający pozszywane monstrum (ukłon w stronę charakteryzacji niezapomnianego Borisa Karloffa ze słynnego cyklu o doktorze Frankensteinie), odwdzięczał się swemu panu, wyciągając go spod ruin płonącego wiatraka.

Teraz Tim Burton nakręcił pełnometrażową wersję tej historii, wedle pomysłu uwiecznionego na czarno-białych rysunkach sprzed lat. Oczywiście z odpowiednio większym budżetem i w 3D. Nowy „Frankenweenie” to wzruszający hołd złożony niesamowitym baśniom, inspirującym gotycką wyobraźnię reżysera: horrorom Vincenta Price’a, opowieściom grozy E.A. Poe, filmom o potworach. Jest w nim wszystko, co stanowi kwintesencję estetyki Burtona: zabawa w straszenie, pastisz, hallo­weenowa fascynacja śmiercią, czarny humor, poezja, radość z szalonego tańca z kiczowatymi ikonami popkultury. Dorośli z łezką w oku przypomną sobie ekscytujące chwile spędzone w starym kinie. Młodzi będą zaskoczeni bezczelną odwagą reżysera, mającego w nosie idealny świat Disneya.

 

Frankenweenie, reż. Tim Burton, prod. USA, 90 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj