Recenzja filmu: "Pocałuj mnie", reż. Alexandra Therese Keining

Ona ją całuje
Prosta historia, dobrze opowiedziana, a jednak pozostawiająca wrażenie błahości, a nawet pewnej sztuczności, co może wynikać z trzymania się wszelkimi sposobami gatunkowej poprawności.
„Pocałuj mnie” jest typowym melodramatem, rozwijającym się wedle podręcznikowych prawideł.
Solopan/materiały prasowe

„Pocałuj mnie” jest typowym melodramatem, rozwijającym się wedle podręcznikowych prawideł.

„Pocałuj mnie” jest typowym melodramatem, rozwijającym się wedle podręcznikowych prawideł. Dobrana, szczęśliwa para snuje dalekosiężne życiowe plany. Do ślubu jednak nie dochodzi, bo jedno z nich nieoczekiwanie zakochuje się w kimś innym.

Zaskakującym elementem w „Pocałuj mnie” jest odwrócenie preferencji seksualnych głównych bohaterów. Zdradza dziewczyna (Ruth Vega Fernandez), zafascynowana otwartą osobowością rówieśniczki (Liv Mjönes). Komplikacje, jakie z tego wynikają, nie różnią się niczym od sztampowych rozwiązań spotykanych w gładkich, bezbolesnych komediach romantycznych. Film, choć wpisuje się w modny nurt twórczości LGBT, nie sili się na pogłębienie wizerunku środowisk homoseksualnych. Nie stawia żadnych istotnych pytań. To sentymentalny wyciskacz łez z ładnymi zdjęciami, ślicznymi bohaterkami, tolerancyjnymi rodzicami i elegancko zamiecionymi pod dywan problemami społecznymi.

 

Pocałuj mnie, reż. Alexandra Therese Keining, prod. Szwecja, 105 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj