Recenzja filmu: "Jeździec znikąd", reż. Gore Verbiński

Wstrząsający western
Film jest o godzinę za długi, zaś dodatkowe zwroty akcji zamiast zaciekawiać, zaczynają nudzić.
Johnny Depp w roli Indianina i koń w roli konia.
Peter Mountain/Walt Disney Co./courtesy Everett / Everett Collection/materiały prasowe

Johnny Depp w roli Indianina i koń w roli konia.

Naiwny prawnik oraz szurnięty Indianin na Dzikim Zachodzie – tak najkrócej dałoby się streścić mocno skomplikowaną fabułę „Jeźdźca znikąd”, który miał być jedną z największych atrakcji tegorocznego filmowego lata. Po obejrzeniu zwiastuna można było spodziewać się wszystkiego najgorszego, co na szczęście nie do końca się potwierdza, niemniej miłośnicy starych dobrych westernów powinni omijać kina wyświetlające film Gore’a Verbińskiego szerokim łukiem.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną