Recenzja filmu: "Diana", reż. Oliver Hirschbiegel
Święta z bulwarówek
Na więcej, poza bajkowym romansem bujającej w obłokach celebrytki z człowiekiem niebędącym osobą publiczną, liczyć nie można.
Naomi Watts jako Diana - królowa ludzkich serc.
Monolith/materiały prasowe

Naomi Watts jako Diana - królowa ludzkich serc.

Kolejny pełnometrażowy film poświęcony Lady Di (po „Dianie – królowej ludzkich serc”, „Unlawful Killing” oraz „Królowej”) odkryciem nie jest. Mimo odważnych scen sugerujących, że księżna Walii manipulowała mediami i nakręciła spiralę szaleństwa paparazzich, co w końcu ją zabiło – film spłyca i melodramatyzuje jej wizerunek. Przedstawia ją jako oszukaną, porzuconą przez księcia Karola samotną kobietę, pragnącą za wszelką cenę wypełnić uczuciową pustkę. Naomi Watts dobrze oddaje naiwność charakteru Diany podszytą odrobiną intryganctwa oraz jej determinację, by zdobyć miłość pochodzącego z Pakistanu chirurga Hasnat Khana, dla którego ich związek okaże się zbyt trudny do kontynuowania. Na więcej, poza bajkowym romansem bujającej w obłokach celebrytki z człowiekiem niebędącym osobą publiczną, liczyć nie można. W „Dianie” Hirschbiegela chodzi głównie o to, aby wystawić pomnik monarchini wykreowanej przez bulwarówki na świętą naszych czasów.

 

Diana, reż. Oliver Hirschbiegel, prod. Wielka Brytania, USA, 103 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj