Recenzja filmu: "Adwokat", reż. Ridley Scott

To nie jest kraj dla prawników
Ta zawiła historia nie wciąga.
Kadr z filmu „Adwokat”.
Imperial-Cinepix/materiały prasowe

Kadr z filmu „Adwokat”.

Dlaczego Jezus nie narodził się w Meksyku? – pyta jeden z bohaterów filmu i sam sobie odpowiada: Ponieważ nie dałoby się tutaj znaleźć trzech mędrców i dziewicy. To tylko jedna z wielu błyskotliwych kwestii padających z ekranu, ale inaczej być nie mogło, skoro w roli scenarzysty debiutuje Cormac McCarthy, pisarz znany także w Polsce, autor m.in. sfilmowanej przez Coenów powieści „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Chyba też nie dla prawników, zwłaszcza na pograniczu meksykańsko-amerykańskim, gdzie rozpoczyna się akcja filmu. Tytułowy adwokat (Michael Fassbender) schodzi na złą drogę, ulegając podszeptom właściciela klubu nocnego (Javier Bardem). Wkrótce okaże się, że w świecie karteli narkotykowych, nocnych klubów i kobiet złych do szpiku kości prawnik jest bezbronny jak dziecko. Serdecznie mu współczujemy, ale chyba nie tylko po to idzie się do kina na film mistrza nad mistrzami, jakim jest Ridley Scott. Mimo doskonałej obsady, dobrych zdjęć naszego rodaka Dariusza Wolskiego, czarnego humoru i takich atrakcji jak obcinanie linką głów, ta zawiła historia nie wciąga. Zdaje się, że z całego filmu zapamiętana zostanie tylko scena seksu uprawianego przez Cameron Diaz z samochodem, czyli ciekawostka z branży motoryzacyjnej.

 

Adwokat, reż. Ridley Scott, prod. USA, 110 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj