„Wilk z Wall Street” w kinach od 3 stycznia
Triumf egoizmu
Martin Scorsese nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów. Pewne zdziwienie może budzić fakt, że „Wilk z Wall Street” nie jest ani gangsterską epopeją, ani utrzymanym w poważnej tonacji dramatem, do czego autor „Nędznych ulic”, „Kasyna” czy „Infiltracji” nas przyzwyczaił.
Scorsese nigdy nie ujawnia zbyt mocno moralizatorskich zapędów. Każe widzom pokochać Belforta (w tej roli Leonardo DiCaprio) i my go od pierwszej sceny kochamy.
materiały prasowe

Scorsese nigdy nie ujawnia zbyt mocno moralizatorskich zapędów. Każe widzom pokochać Belforta (w tej roli Leonardo DiCaprio) i my go od pierwszej sceny kochamy.

„Wilk z Wall Street” to błyskotliwa satyra na środowisko spekulantów giełdowych, którzy cynicznie wykorzystują ludzką naiwność i niewiedzę. Obiecują z inwestycji w akcje astronomiczne zyski. Pieniądze szerokim strumieniem płyną jednak wyłącznie do ich kieszeni. Tytułowym wilkiem jest Jordan Belfort, król mętnych interesów i rynkowych manipulacji, sprzedawca marzeń o bogactwie, postać zresztą autentyczna, który za swoje oszustwa pod koniec ubiegłego wieku odsiedział trzy lata w więzieniu. Obecnie utrzymuje się z doradztwa, coraz częściej bywa zapraszany do telewizyjnych programów w charakterze eksperta.

Belfort uosabia szaleństwo finansistów odpowiedzialnych za doprowadzenie do katastrofy ekonomicznej USA. Jest żywym dowodem upadku współczesnych obyczajów. Film koncentruje się na opisie rozpustnego stylu życia brokera. Eksponuje jego uzależnienie od seksu, alkoholu, narkotyków oraz słabość do luksusu. Belfort jest chciwy i zachłanny, jak Gordon Gekko. Nie widzi dla swoich pragnień żadnych ograniczeń. Chce mieć wszystko, natychmiast najlepszej jakości. Śni o beztroskim życiu spędzonym na pomnażaniu fortuny i wiecznej zabawie. Bez ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności za przekręty. Jak w reklamówkach mamiących obietnicą permanentnego szczęścia. Albo w świecie mafii.

Scorsese pokazuje dynamiczny wzlot i upadek Belforta z prześmiewczym dystansem. Bawi się ironią, groteskowym przerysowaniem w podobny sposób co Tarantino, albo Fellini. Niektóre sceny są surrealistyczne. Przedstawiają triumf egoizmu, narcystycznego konsumpcjonizmu i rosnącej paranoi człowieka pragnącego zbudować sobie sztuczny raj na miarę kiczowatych wyobrażeń popkultury. Gdzie w towarzystwie tresowanych małp, węży, naćpanych klaunów główną nagrodą jest wyuzdany seks oferowany bez skrępowania przez tłum roześmianych nagich prostytutek. Zmierzając w stronę szyderstwa Scorsese stara się nie ujawniać zbyt mocno swoich moralizatorskich zapędów. Każe widzom pokochać Belforta i my go od pierwszej sceny kochamy. O idealizmie Leonardo DiCaprio, aktora grającego tę postać z wypisaną na twarzy szlachetnością, dobrodusznością - niełatwo zapomnieć. Śmiejemy się z jego udawanego cwaniactwa, nie chcemy wierzyć w zepsucie. Widzimy w nim romantyka, fascynującą osobowość, nie demona dającego sygnał do rozpoczęcia orgii. Na tym polega pułapka zastawiona przez reżysera.

„Wilk z Wall Street” dlatego jest filmem tak dobrym, że mówi coś bardzo istotnego nie tylko o chorobliwym hedonizmie najbogatszych warstw amerykańskiego społeczeństwa. Ale i o grzechu pierworodnym kapitalizmu. Pokusie łatwego życia motywującej zwykłych ludzi do obsesyjnej pogoni za pieniędzmi, bez oglądania się na wartości; dla których najwyższym dobrem staje się marzenie o superbogactwie i hiperkonsumpcji w spektakularny sposób reprezentowanych przez Belforta.

Mam nadzieję, że mimo drastycznych scen, które zawsze stanowią problem dla amerykańskiej widowni, członkowie Akademii przyznającej Oscary docenią inteligencję, warsztatową sprawność i jakość tego widowiska.

Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese, prod. USA, 180 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj