Recenzja filmu: "Za tych, co na morzu", reż. Paul Wright

Ocalony podejrzany
Pasjonujący dramat psychologiczny zmienia się w opowieść fantastyczną średniej jakości.
George MacKay jako jedyny ocalony z morskiej katastrofy.
Tongariro Releasing/materiały prasowe

George MacKay jako jedyny ocalony z morskiej katastrofy.

Wypłynęło sześciu, wrócił tylko jeden. Do końca filmu się nie dowiemy, co naprawdę wydarzyło się u wybrzeży szkockiego miasteczka i dlaczego z całej załogi ocalał tylko Aaron, najmniej doświadczony, który po raz pierwszy wyruszył na połów. On też nie wie, pytany, co zapamiętał z katastrofy, odpowiada krótko, że nic. To jednak nie przekonuje społeczności rybackiej osady. Zaczynają pojawiać się plotki, domysły i podejrzenia, że ocalony przyczynił się do nieszczęścia, może np. chciał pozbyć się brata, który jest wśród ofiar. Ta część filmu debiutującego w fabule szkockiego dokumentalisty Paula Wrighta jest najciekawsza. Aaron, choć nadal przeżywa traumę, próbuje wrócić do normalnego życia, ale otoczenie mu na to nie pozwala. Przezwisko Cholerny Jonasz należy do najdelikatniejszych. Przeżył, a więc jest winny, przecież powinien iść na dno z innymi. Napiętnowany Aaron, przemykający uliczkami miasteczka i słyszący zewsząd obelgi, coraz bardziej popada w rodzaj paranoi. Troskliwa i zrozpaczona matka nie jest już w stanie mu pomóc.

Niestety, dalej jest gorzej. Chłopiec, który poznał w dzieciństwie miejscową legendę o morskim diable, postanawia zmierzyć się z siłami zła ukrytymi w odmętach. Pasjonujący dramat psychologiczny zmienia się w opowieść fantastyczną średniej jakości. Zatem połowiczny sukces debiutanta. Może to zemsta okropnego diabła morskiego?

 

Za tych, co na morzu, reż. Paul Wright, prod. Wielka Brytania, 92 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj