Recenzja filmu: "Mężczyzna prawie idealny", reż. Martin Lund

Prawie mężczyzna
Film powinny zobaczyć nie tylko opóźnione w rozwoju trzydziestolatki.
'Mężczyzna prawie idealny', reż. Martin Lund
VIVARTO/materiały prasowe

"Mężczyzna prawie idealny", reż. Martin Lund

To „prawie” robi różnicę, szybko się zorientujemy, że polski tytuł jest ironiczny. Bardziej adekwatny mógłby brzmieć na przykład „Żywot mężczyzny niedojrzałego” albo po prostu „Prawie mężczyzna”. Ma na imię Henrik, skończył 35 lat, w jego życiu zaszły właśnie istotne zmiany. Teraz ma ciekawszą pracę, większe mieszkanie, a jego dziewczyna spodziewa się dziecka. Czyli mała, a może nawet średnia stabilizacja. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. W istocie Henrik nadal jest niedojrzałym emocjonalnie dużym chłopcem najpewniej czującym się w domu mamusi, która współczująco zapyta, czy partnerka jest na pewno dobrą kucharką, lub wśród kumpli uwielbiających zabawy na poziomie podwórkowym. Na szczęście jego partnerka ma więcej rozumu i powagi.

Jeżeli w Norwegii też kłócą się o gender, to „Mężczyzna prawie idealny” Martina Lunda idealnie wpisuje się w ten dyskurs. Szkoda, że film, który zasłużenie zdobył Grand Prix na festiwalu w Karlowych Warach, w Polsce będzie grany tylko w kinach studyjnych. Powinny go zobaczyć nie tylko opóźnione w rozwoju trzydziestolatki.

 

Mężczyzna prawie idealny, reż. Martin Lund, prod. Norwegia, 80 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj