Recenzja filmu: „Transcendencja”, reż. Wally Pfister
Kicz przyszłości
Nuda zagrana w filmie Pfistera doskonale.
Nawet Morgan Freeman (na pierwszym planie) nie uratował filmu.
Monolith Film/materiały prasowe

Nawet Morgan Freeman (na pierwszym planie) nie uratował filmu.

Jak na hollywoodzką produkcję „Transcendencja” to niepokojąco trudny tytuł. Stoi jednak za nim Wally Pfister, który pracował przy brawurowej „Incepcji”, co zmniejsza metafizyczny niepokój przed pójściem do kina zamiast do kościoła. Ze sceny witają Johnny Depp, Paul Bettany, Rebeka Hall, Morgan Freeman. I, niestety, na tym dobra nowina się kończy, a zaczyna się śmiertelnie poważny film o przyszłości.

Technofobiczni terroryści atakują Tajne Laboratorium oraz Geniusza (Depp), Kochająca Żona (Hall) ratuje co najcenniejsze, pakując umysł męża do komputera, korzystając oczywiście z pomocy Wiernego Przyjaciela (Bettany). Genialny umysł zlewa się z inteligencją sieci, Sztuczna Inteligencja zaczyna przejmować kontrolę nad rzeczywistością.

W tym momencie przydaje się, jak zwykle, Morgan Freeman. Pomaga ratować świat, niestety, nie jest w stanie uratować filmu. Bo jak dziś poważnie opowiadać o przyszłości, skoro ta – jak stwierdził cyberpunkowy pisarz William Gobson – już tu jest, tylko nierówno rozłożona? Samochody bez kierowców jeżdżą już po ulicach Newady, superkomputer Watson wygrywa teleturnieje w amerykańskiej telewizji, bezzałogowe drony likwidują złych ludzi na całym świecie, a świat ten otoczony jest szczelnym kokonem elektronicznego podsłuchu. I co najważniejsze – nasze mózgi już dawno zostały podłączone do sieci za pomocą wszystkich zniewalających gadżetów. Nie transcendencja zatem, lecz nuda. Zagrana w filmie Pfistera doskonale.

 

Transcendencja, reż. Wally Pfister, prod. Chiny, USA, Wlk. Brytania, 119 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj