Recenzja filmu: „Wilgotne miejsca”, reż. David F. Wnendt

Wszystko, czego nie chcecie widzieć w kinie
W zależności od nastroju i poczucia humoru, można nazwać „Wilgotne miejsca” niemiecką wersją „Trainspotting”, „C.R.A.Z.Y” albo „Nimfomanki”. Wszystkie te porównania są jak ­najbardziej uprawnione i nie znaczą wcale, że film ­Davida F. Wnendta wypada na ich tle wtórnie.
Carla Juri (po prawej) w neurotyczno-groteskowo-fizjologicznej opowieści o okresie dojrzewania.
Against Gravity/materiały prasowe

Carla Juri (po prawej) w neurotyczno-groteskowo-fizjologicznej opowieści o okresie dojrzewania.

Trudny okres dojrzewania, tym razem w wersji neurotyczno-groteskowo-fizjologicznej. 18-latka z „Wilgotnych miejsc” – ekranizacji głośnej powieści Charlotte Roche z 2008 r. – przeżywa horror rozstania rodziców, których kocha bezwarunkowo, mimo że ojciec inżynier nieustannie sprawia jej zawód swoją niewrażliwością i nieuwagą. Zaś matka, świeżo nawrócona katoliczka, ma obsesję czystości i higieny osobistej, co znajduje odzwierciedlenie w przesadnym zainteresowaniu dorastającej córki wszystkim, co obrzydliwe, zakazane, cuchnące i wstrętne. (...)

 

Wilgotne miejsca, reż. David F. Wnendt, prod. Niemcy, 105 min

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną