Recenzja filmu: „Mandarynka”, reż. Sean Baker

Perły na dnie
Nakręcony telefonem komórkowym komediodramat (to pierwszy w historii kina tak udany eksperyment) brutalnie uświadamia, że trwanie w obłudzie i udawanie rodzinnej sielanki jest gorsze, a na pewno boleśniejsze od tego, co w pierwszym odruchu skłonni jesteśmy odrzucić i wyśmiać jako zwichnięte czy zdegenerowane.
Mya Taylor i Kitana Kiki Rodriguez w rolach transseksualnych prostytutek to prawdziwe odkrycie „Mandarynki”
Tongariro Releasing/materiały prasowe

Mya Taylor i Kitana Kiki Rodriguez w rolach transseksualnych prostytutek to prawdziwe odkrycie „Mandarynki”

Nakręcony telefonem komórkowym komediodramat (to pierwszy w historii kina tak udany eksperyment) brutalnie uświadamia, że trwanie w obłudzie i udawanie rodzinnej sielanki jest gorsze, a na pewno boleśniejsze od tego, co w pierwszym odruchu skłonni jesteśmy odrzucić i wyśmiać jako zwichnięte czy zdegenerowane. Niewygodny, budzący sprzeczne odczucia film, rozgrywający się w środowisku transseksualnych prostytutek w Los Angeles, sprawia wrażenie, jakby koniecznie chciał dotknąć moralnego dna. Zniechęcający początek „Mandarynki” to nic innego jak kalejdoskop wulgarnych, groteskowo-infantylnych scen, maksymalnie utrudniający widzom sympatyzowanie z bohaterami. Po 28-dniowej odsiadce za posiadanie narkotyków jedna z prostytutek spotyka się w barze z przyjaciółką, która ją informuje, że w tym czasie alfons ją zdradził.

Mandarynka, reż. Sean Baker, prod. USA, 88 min

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną