Recenzja filmu: „183 metry strachu”, reż. Jaume Collet-Serra
Ludojad i dziewczyna
Sceny akcji to w sumie już dobre kino klasy B.
mat. pr.

Prosta, niegłupio zrealizowana historia: surferka Nancy (Blake Lively) zostaje pogryziona przez ogromnego rekina ludojada. Nie może dopłynąć do brzegu, nie ma jak poprosić o pomoc. Z początku wyczekuje więc tylko, aż inni ludzie pojawią się na dzikiej plaży w Meksyku. Ale zbliża się przypływ.

Razem z nią na skale utknęła ranna mewa, okrzykniętą przez krytyków filmowych Marlonem Brando wśród mew. Słusznie, ptaszysko jest rzeczywiście urocze. Gdyby to była tylko prosta historia o surferce, która dostała w kość od natury, i o jej kontrataku, byłoby okej. Ale Jaume Collet-Serra zdecydował się na pokazanie zdarzeń poprzedzających walkę o przeżycie: Nancy rzuciła medycynę, nie może sobie poradzić ze śmiercią matki. Na ujęcia dzikiej plaży nakładane są spowalniające akcję powiększone z telefonu okienka z wideoczatem z surowym ojcem, czekającym na córkę w Teksasie.

Sceny akcji to w sumie już dobre kino klasy B, więc nie należy się specjalnie zastanawiać, na ile realne jest zachowanie rekina, który pożarł parę innych osób, ale nadal krąży wokół rannej dziewczyny na skale. Choć założenie jest trochę absurdalne, to już wykonanie głupie się nie wydaje. Lively akurat w tej wymagającej fizycznie roli się sprawdza. Przyjemnie się też patrzy na długie, ciekawie zrealizowane ujęcia surferujących ludzi i wielkich fal. Do tego Collet-Serra duży nacisk kładł na pokazanie naturalnego, zmieniającego się w ciągu doby na oceanie światła.

183 metry strachu, reż. Jaume Collet-Serra, prod. USA, 86 min

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj