Recenzja filmu: „Nowe przygody Aladyna”, reż. Arthur Benzaquen
Aladyn w supermarkecie
Nie jest to kanoniczna historia Aladyna znana z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, ale kino dziecięce już od dawna swobodnie traktuje arcydzieła literatury.
Kev Adams jako nowy Aladyn
materiały prasowe

Kev Adams jako nowy Aladyn

Drogie dzieci, kiedy film się zaczyna, możecie mieć wrażenie, że pomyliłyście sale kinowe, ale proszę, nie wychodźcie – za chwilę pojawi się na ekranie Aladyn i całe towarzystwo, z sułtanem, dżinem i piękną księżniczką włącznie. W prologu mamy natomiast scenki z supermarketu w okresie przedświątecznym i dwóch cwaniaczków w rolach disneyowskich Mikołajów. Przez przypadek jeden z nich znalazł się w kąciku dla dzieci – są takie we współczesnych sezamach – które nudząc się w oczekiwaniu na robiących zakupy rodziców, domagają się od niego bajki. Wprawdzie niektóre wolałyby Śnieżkę, ale Mikołaj najprawdopodobniej więcej zapamiętał z opowieści o Aladynie. Więcej nie znaczy, że dużo. Nie jest to narracja płynna, słuchacze mu przerywają, on sam najchętniej skończyłby występ, lecz szef piętra grozi zwolnieniem, więc dalej opowiada, coraz bardziej improwizując.

Nowe przygody Aladyna, reż. Arthur Benzaquen, prod. Belgia/Francja, 107 min

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną