Recenzja filmu: „Manchester by the Sea”, reż. Kenneth Lonergane
Piekło skute lodem
Wszystko w „Manchester by the Sea” kręci się wokół poczucia winy, atmosfery podwójnej żałoby.
Casey Affleck (z lewej) i Kyle Chandler w tragifarsie rodzinnej
Claire Folger/K Period Media/materiały prasowe

Casey Affleck (z lewej) i Kyle Chandler w tragifarsie rodzinnej

Wszystko w „Manchester by the Sea” kręci się wokół poczucia winy, atmosfery podwójnej żałoby. Albo fatum skazującego ludzi na samotność, przegraną i wieczne powtarzanie głupich błędów. Casey Affleck gra tu unikającego wzroku oraz towarzystwa dozorcę, mieszkającego w suterenie w skutej lodem dzielnicy Bostonu. W nocy pije i rozładowuje agresję w przypadkowych bójkach. W dzień zajmuje się naprawą zepsutych instalacji, przepycha zatkane rury w toaletach i za nic nie daje się sprowokować. Wyjaśnienie jego zagadkowego zachowania zajmuje autorom filmu blisko godzinę. Z retrospekcji, które początkowo trudno odróżnić od akcji rozgrywającej się w czasie teraźniejszym, wynika, że przyczyną zablokowania (bólu) jest śmierć starszego brata bohatera oraz wcześniejsza rodzinna tragedia, za którą ponosi on odpowiedzialność.

Manchester by the Sea, reż. Kenneth Lonergane, prod. USA, 135 min

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną