Recenzja filmu: „Martwe wody (Ma Loute)”, reż. Bruno Dumont
Kanibale w Calais
Dumont stroi się w piórka bliskiego nam Gombrowicza, lecz nie do każdego trafi ten rodzaj teatralizacji i komiksowego humoru.
Z tyłu: Didier Deprès i Cyril Rigaux jako bardzo specyficzni stróże prawa
Gutek Film

Z tyłu: Didier Deprès i Cyril Rigaux jako bardzo specyficzni stróże prawa

Wielbiciele serialu kryminalnego „Mały Quinquin” Bruno Dumonta, oglądając jego najnowsze dzieło „Ma Loute” – surrealistyczno-operetkowy ni to horror, ni to antyromans – doszukają się zapewne wielu podobieństw. Francuski reżyser świetnie się poczuł w roli satyryka i wizjonera operującego czarnym humorem, żonglującego martwymi konwencjami, które układają się w zabawny, choć czasami nudnawy pastiszowy kalejdoskop. Tym razem jednak ta układanka absurdalnie udziwnionych scen tworzy mieszankę wybuchową rozsadzającą nie sam gatunek, tylko dobrze zakonserwowany mit o upadku ancien régime’u.

Co prawda rzecz dzieje się nie w czasach rewolucji francuskiej, tylko na początku XX w. w chłodnych, nadmorskich okolicach Calais, niemniej od początku wiadomo, że to odbicie w krzywym zwierciadle. Zdegenerowaną arystokrację parodiują francuskie gwiazdy: Fabrice Luchini, Juliette Binoche, Valeria Bruni Tedeschi, Jean-Luc Vincent, a nienawidzący ich lud charakterystyczni aktorzy amatorzy. Jedni i drudzy wyglądają na mocno stukniętych.

Martwe wody (Ma Loute), reż. Bruno Dumont, prod. Francja, Niemcy, 122 min

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną