szukaj
Recenzja filmu: „Song to Song”, reż. Terrence Malick
Hymn improwizowany
Im częściej Terrence Malick staje za kamerą, tym większą konfuzję budzą jego filmy.
Rooney Mara i Ryan Gosling w rolach muzyków rockowych zagubionych w erotycznych eksperymentach
Forum Films/materiały prasowe

Rooney Mara i Ryan Gosling w rolach muzyków rockowych zagubionych w erotycznych eksperymentach

Im częściej Terrence Malick staje za kamerą, tym większą konfuzję budzą jego filmy. Ezoterycznego „Rycerza pucharów” (dwa lata temu prezentowanego w Berlinie) czy ulotnej „Wątpliwości” (oklaskiwanej wcześniej w Wenecji) żaden polski dystrybutor nie śmiał wprowadzić do kin. A przecież Malick to wielki mistrz, jego poetyckie światy hipnotyzują. Mienią się znaczeniami dopiero na wysokości jakiegoś gnostyckiego nadsymbolizmu, którego na żaden język, poza językiem religii i filozofii, przełożyć nie można. Filmowe poematy Amerykanina, przeplatane obrazami przypływów i odpływów, powiewów wiatru, pełzających żuczków, wędrujących w rozbawieniu ludzi, są unikatową, autonomiczną kreacją przemawiającą wieloma głosami, a ich sednem wydaje się cisza. Choć dla wielu to właśnie zachwyt nad pięknem i niepojętą mocą natury oraz ludzkiego życia stanowi ich znak firmowy.

Song to Song, reż. Terrence Malick, prod. USA, 129 min

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną