Recenzja filmu: „Król Artur: Legenda miecza”, reż. Guy Ritchie

W poszukiwaniu oryginalności
Guy Ritchie próbował unowocześnić zarówno znaną wszystkim legendę, jak i gatunek filmowego fantasy. W zasadzie mu się udało, choć nie ustrzegł się mniejszych i większych potknięć.
„Król Artur: Legenda miecza”
mat. pr.

„Król Artur: Legenda miecza”

Mimo że brytyjski reżyser kojarzy się raczej z sensacyjnymi historiami o rzezimieszkach i łajdakach, w których opowiadaniu od lat się specjalizuje i wypracował w tym gatunku własny styl, swoje piętno bardzo wyraźnie odcisnął i na klasycznym fantasy, jakim jest opowieść o Królu Arturze, jego mieczu Excaliburze i rycerzach okrągłego stołu. Wydaje się wręcz, że Guyowi Ritchiemu niespecjalnie robiło różnicę to, że tym razem cofnął się do średniowiecza, skoro akcję, przynajmniej częściowo, mógł umieścić w Londynie.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną