Recenzja filmu: „Barry Seal: Król przemytu (American Made)”, reż. Doug Liman

Dobry lot
Sceny akcji, których w filmie nie brakuje, są pomysłowe i sprytnie zrealizowane.
Barry Seal (Tom Cruise) z wizytą w Kolumbii
UIP

Barry Seal (Tom Cruise) z wizytą w Kolumbii

Tym filmem biograficznym Tom Cruise uwalnia się od towarzyszącego mu od dekady wzorca: grania bohatera totalnego, nie do zatrzymania w czynieniu dobra w coraz słabszych sequelach i remake’ach opowieści sensacyjnych. Aktor słynie z tego, że sam występuje w scenach kaskaderskich, co jest rzadkością w Hollywood – dwa lata temu w „Mission: Impossible – Rogue Nation” grał przypięty do zewnętrznej części startującego z ogromną prędkością wojskowego samolotu. W „Barry Seal: Król przemytu” też chodzi o latanie, ale zupełnie inne. Bohater Cruise’a, wzorowany na postaci autentycznej, boi się wystartować na przykrótkim pasie lotniska w dżungli małym samolotem przeładowanym kokainą. Barry Seal w latach 80. XX w. zaczął szmuglować drogą powietrzną do USA narkotyki dla kartelu Medellín, czyli dla Pablo Escobara – doczekał się zresztą kilku portretów filmowych i telewizyjnych, m.in. w popularnym serialu Netflixa „Narcos”. Seal nie miał specjalnie wyboru, mógł zarobić pieniądze albo dostać kulkę w łeb. I jest coś rozczulającego i bardzo ludzkiego w tym, jak Cruise pokazuje jego bezradność w piętrzących się, coraz bardziej nienormalnych sytuacjach, które Sealowi naprawdę się przytrafiały.

Barry Seal: Król przemytu (American Made), reż. Doug Liman, prod. USA 2017 r., 115 min

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj