Recenzja filmu: „Tulipanowa gorączka (Tulip Fever)”, reż. Justin Chadwick
Wiele hałasu o nic
Film, przechylony w kierunku melodramatu retro, chwilami zbyt mocno przypomina absurdalną zabawę w teatralne qui pro quo.
Alicia Vikander jako Sophia Sandvoort, z tyłu – Christoph Waltz (Cornelis)
Forum Film/materiały prasowe

Alicia Vikander jako Sophia Sandvoort, z tyłu – Christoph Waltz (Cornelis)

Krucha, prześliczna Alicia Vikander nie jest jeszcze najlepiej opłacaną aktorką Hollywoodu. Jeśli jednak pozostanie tak ambitna i pracowita, wkrótce może zdetronizować Emmę Stone – aktualny numer jeden na liście płac. Obie posiadają nieprzeciętny talent, potwierdzony już Oscarem, i sprzyja im szczęście. „Tulipanową gorączkę” trudno uznać za punkt zwrotny w karierze młodej Szwedki, niemniej gdyby nie jej wyróżniająca się kreacja, nie byłoby wyraźnego powodu, by ten film oglądać. Vikander gra tu religijną, cichą, podporządkowaną mężowskiej władzy (kochaj, czcij i bądź posłuszna) niewinną wychowankę sierocińca, wykupioną przez dużo starszego, zamożnego, pełnego sił witalnych kupca (Christoph Waltz). Dziewczyna ma urodzić mu syna, upragnionego dziedzica. Na podobieństwo klasycznych romansów rozgrywających się w odległych epokach cała komplikacja stłamszonej wewnętrznie kobiety będzie więc polegać na sprzeniewierzeniu się małżeńskiej przysiędze, a napięcie budować dbałość o zachowanie pozorów, oczywiście do czasu.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną