Recenzja filmu: „Maudie”, reż. Aisling Walsh
Krucha i brutal
Maud Lewis, choć była chora na artretyzm i życie rodzinne miała niełatwe, pozostała delikatna, przyjazna i związana z naturą.
Kadr z filmu „Maudie”
mat. pr.

Kadr z filmu „Maudie”

Nawet Richard Nixon kupił obraz od Maud Lewis, lubianej XX-wiecznej artystki ludowej z Nowej Szkocji. Choć była chora na artretyzm i życie rodzinne miała niełatwe, to jej sztuka – malowała ilustracje na ścianach i szybach w bardzo małym domu, a także obrazki na deseczkach – pozostała delikatna, przyjazna i związana z naturą.

Maud gra w tym filmie Sally Hawkins, która fizycznie dobrze oddaje jej coraz większą kruchość, ale przede wszystkim podbija szczerość i serdeczność jej charakteru. W najzabawniejszym momencie Maud poważnie przeprasza nawet kurczaka, którego ma za chwilę ubić na zupę. Jest przeciwieństwem męża, bo Everett (Ethan Hawke, już nie tak przekonujący jak Hawkins) to człowiek brutalny i prosty, który hierarchię domowników wykłada jej tak: „Jestem ja. Potem psy. Potem kurczaki, a potem ty”. Przemoc emocjonalną i fizyczną będzie stosował wobec niej niejednokrotnie, żona pozostanie też od niego całkowicie zależna finansowo, nawet gdy zacznie sprzedawać swoje obrazy.

Pierwszy wysokobudżetowy film irlandzkiej reżyserki Aisling Walsh nie unika wątku ciężkiego zachowania Everetta, ale równocześnie w jakiś sposób tę jego agresję normalizuje, bo niezmiennie widzi w ich historii miłosnej szansę na odkupienie win. Prawdziwym wydarzeniom w życiu tej artystki outsiderki towarzyszyła niestety dużo mroczniejsza oprawa.

Maudie, reż. Aisling Walsh, prod. Irlandia, Kanada 2016, 115 min

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj