Recenzja filmu: „Liga sprawiedliwości”, reż. Zack Snyder

Bez treści, bez wizji, bez sensu
Film leniwy: korzystający ze schematów, niekłopoczący się tworzeniem złożonych postaci, kręcony na zielonym ekranie, efekciarski, a do tego kiepski technicznie, bo momentami efekty specjalne były tak złe, że aż zęby zgrzytały.
„Liga sprawiedliwości”
mat. pr.

„Liga sprawiedliwości”

„Liga…” tak naprawdę miała dwóch reżyserów, bo oficjalnie podpisany jako współscenarzysta Joss Whedon w pewnym momencie przejął pałeczkę od Zacka Snydera, który musiał odejść z produkcji z powodu tragedii w rodzinie. Ponieważ zaś nie sposób określić, ile w ostatecznym obrazie jest którego z nich, winę dzielić trzeba po równo.

Dla każdego starczy jednak przygan, bo nowa odsłona kinowego uniwersum supebohaterskiego DC Comics to po prostu chaos na ekranie. Zlepek scen – to określenie bardziej pasuje do „Ligi…” niż słowo „film”.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną