Recenzja filmu: „Czarna Pantera (Black Panther)”, reż. Ryan Coogler
Film łączy więc nawiązania do tradycji wielu kultur afrykańskich z elementami afrofuturystycznymi.
Kadr z filmu „Czarna Pantera (Black Panther)”
mat. pr.

Kadr z filmu „Czarna Pantera (Black Panther)”

Na początku nowej superprodukcji Studia Marvel afrykańska agentka specjalna i dziewczyna superbohatera Czarnej Pantery, Nakia (Lupita Nyong′o), ratuje dziewczyny porwane przez terrorystów z organizacji podobnej do Boko Haram. Niedługo potem jeden z jej kolegów-wojowników z tajemniczego i technologicznie bardzo rozwiniętego kraju Wakanda tłumaczy, że nie mogą przepuścić przez granicę nawet ofiar terroru, bo one przyniosłyby tylko nowe problemy. Widowni na pokazie prasowym, która zareagowała na te słowa żywo, zabrzmiały one podobnie do oficjalnych tłumaczeń polskiego rządu o nieprzyjmowaniu uchodźców. Nie jest to wrażenie typowe dla obywateli wybierających się do tej pory na amerykańskie superprodukcje na podstawie komiksów Studia Marvel.

A „Czarna Pantera”, choć nie jest zdominowana nawiązaniami do poważnych problemów polityki globalnej, też tych wątków nie unika. Jest ważną, symboliczną wręcz dla Afroamerykanów superprodukcją, której główny bohater jest najstarszym i najpotężniejszym czarnoskórym herosem w komiksach Marvela. Jednak reżyser i scenarzysta Ryan Coogler umiejętnie wplata te poważne wątki w podstawową, prostą historię konfliktu o władzę. Czarnej Panterze, a raczej jej alter ego, czyli królowi Wakandy T’Challa (Chadwick Boseman), tron chcą odebrać kryminalista z Afryki Południowej Ulysses Klaue (dobry Andy Serkis) i wychowany na wygnaniu z Wakandy najemnik wojenny Erik Killmonger (równie dobry Michael B Jordan). Chcą wykorzystać strzeżone przez bardziej dyplomatycznie nastawionego T’Challę pokłady najcenniejszego surowca w marvelowskim uniwersum – vibranium – do uzbrojenia i finansowego wzmocnienia np. prześladowanych przez amerykańską policję czarnoskórych. Chcą w brutalny sposób zmienić układ sił. T’Challa znów nie może na to pozwolić, a ich starcie odbywać się będzie zgodnie z rytualnymi zasadami wyznaczanym przez afrykańskiego mistyka w typie czarnoksiężnika Merlina, Zuri (Forest Whitaker).

Film łączy więc nawiązania do tradycji wielu kultur afrykańskich z elementami afrofuturystycznymi, a jego socjologiczne i polityczne przesłanie wzmacnia jeszcze bardzo dobry soundtrack Kendricka Lamara, być może najważniejszego głosu we współczesnym hip hopie.

Czarna Pantera (Black Panther), reż. Ryan Coogler, prod. USA, 134 min

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj