Recenzja filmu: "Persepolis", reż. Vincent Paronnaud , Marjane Satrapi

Persepolis
Intymny, wolny od jakichkolwiek uproszczeń ton.

Opublikowany niedawno we Francji czteroczęściowy autobiograficzny komiks (nazywany tam powieścią graficzną) Iranki Marjane Satrapi „Persepolis” sprzedał się w setkach tysięcy egzemplarzy. Zebrał też entuzjastyczne recenzje, w których porównywano go do słynnego dzieła „Maus” Arta Spiegelmana. A teraz mamy wersję ekranową „Persepolis”, zrealizowaną przez autorkę z pomocą francuskiego animatora Vincenta Paronnaud. Jak na obraz rysunkowy dla dorosłych jest to rewelacja, choć nie w oryginalnej, minimalistycznej, czarno-białej oprawie graficznej upatrywałbym przyczyn sukcesu.

Tym, co najbardziej odróżnia „Persepolis” od sztampowej produkcji, jest intymny, wolny od jakichkolwiek uproszczeń ton. Film jest pamiętnikiem Satrapi, w którym opisała swoje dzieciństwo, dojrzewanie i młodość na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku – w momencie obalania wspieranej przez Zachód dyktatury szacha Rezy Pahlawiego, przejmowania władzy przez fundamentalistów islamskich i wojny irańsko-irackiej. Urodzona w Teheranie bohaterka nie znajduje dla siebie miejsca w rozpolitykowanej rodzinie ani na emigracji w Europie, gdzie dopadają ją kłopoty sercowe i światopoglądowe. Satrapi ma do tego dystans.

Jej film ogląda się doskonale m.in. dlatego, że stwarza możliwość przyjrzenia się wielu sytuacjom i stereotypom z boku, z humorem i ironią, nawet jeśli konsekwencje są dla niej tragiczne. Po zdobyciu Nagrody Jury na festiwalu w Cannes film wymienia się jako mocnego kandydata do oscarowych nominacji. Oczywiście nie tylko w kategorii kreskówek.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj