"Król Maciuś Pierwszy", reż. Sandor Jesse i Lutz Stuzner

Król Maciuś Pierwszy
Jak posklejane razem dobranocki.

Piękną, mądrą, smutną bajkę Janusza Korczaka „Król Maciuś Pierwszy” o dziesięcioletnim następcy tronu, który uczy się sprawiedliwie rządzić, po raz pierwszy przeniesiono na ekran równo pół wieku temu. W filmie Wandy Jakubowskiej w rolę Maciusia wcielił się Juliusz Wyrzykowski i mimo niepowodzenia adaptacji była to kreacja niezapomniana. Obecna wersja animowana, która jest międzynarodową koprodukcją (polsko-francusko-niemiecką), przynosi jeszcze większe rozczarowanie. W zasadzie można powiedzieć, że poza ogólnym zarysem fabularnym z pierwowzorem literackim nie ma nic wspólnego. Sednem obu książek Korczaka („Król Maciuś Pierwszy”, „Król Maciuś na wyspie bezludnej”), poświęconych przygodom młodego władcy, jest ukazanie mechanizmów działania demokracji z perspektywy dorastającego dziecka. Natomiast film Sandora Jesse i Lutza Stuznera skierowany jest do przedszkolaków.

Wygląda jak posklejane razem dobranocki dla najmłodszych. Głównym marzeniem Maciusia nie są reformy kraju, tylko stworzenie ogrodu zoologicznego z egzotycznymi zwierzętami. Przeszkadza mu w tym zły generał, który stara się przejąć koronę. O wygnaniu małego chłopca, wydaniu na niego wyroku śmierci, samotności i wycieńczającej pracy w fabryce, a potem tragicznej śmierci Maciusia, w ogóle się nie mówi. Wszystko, co mogłoby zakłócić sielankową atmosferę, znika. Są za to mdłe piosenki o przyjaźni, żywcem przepisane z elementarza dialogi oraz archaiczne, przypominające japońskie pokemony, obrazki. Nie wiem, czy pięciolatki będą miały z tego filmu pożytek, bo dorośli na pewno nie.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj