Recenzja filmu: "Po-Lin", reż. Jolanta Dylewska

Po-Lin Okruchy pamięci
Świadectwa koegzystencji Żydów i Polaków na Kresach Wschodnich

W  języku hebrajskim Po-lin znaczy miejsce zamieszkania i przez wieki słowo to kojarzyło się z Polską. Są różne świadectwa koegzystencji Żydów i Polaków, zwłaszcza na Kresach Wschodnich, gdzie nie obywało się bez dramatów. Jolanta Dylewska opowiedziała o tej relacji z anielskiej, jakby bajkowej perspektywy, pomijając zupełnie kwestie winy, wzajemnych pretensji, antysemityzmu i antypolonizmu. Odtworzyła obyczaje, historię codziennego życia takich miasteczek jak Kałuszyn, Kolbuszowa, Nowogródek, zamieszkiwanych w okresie międzywojennym w większości przez Żydów. Pokazała je oczami ich krewnych. Emigrantów z Ameryki odwiedzających po latach rozłąki swoich bliskich. Oraz żyjących współcześnie Polaków wspominających sąsiadów zupełnie inaczej niż w książkach Grossa.

Jej wzruszający film składa się prawie w całości z pieczołowicie odrestaurowanych fragmentów amatorskich nagrań rejestrujących najzwyklejsze zachowania, ulotne chwile beztroski i szczęścia. Benedyktyńska praca Dylewskiej polegała nie tylko na odpowiednim wyborze cudem ocalałego w zagranicznych archiwach materiału, ale też na ustaleniu prawdziwej tożsamości osób pojawiających się w kadrach i napisaniu komentarza (czyta go Piotr Fronczewski) w oparciu o tzw. „Księgi Pamięci” – dokumenty zawierające opisy nieistniejącego już świata, sporządzone przez ludzi, którzy przetrwali Holocaust. Dzięki temu „Po-Lin” nabiera osobistego, niemal intymnego charakteru i przeobraża się w taki sam mit jak wyidealizowana Rzeczpospolita w „Panu Tadeuszu”.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj