Recenzja filmu: "Gry wojenne", reż. Dariusz Jabłoński
Gry wojenne
Epitafium na cześć pułkownika Kuklińskiego

Rzadko która postać budzi tak sprzeczne emocje jak pułkownik Ryszard Kukliński. Jedni go uwielbiają, inni uważają za zdrajcę. Dariusz Jabłoński, reżyser „Gier wojennych”, pełnometrażowego dokumentu poświęconego Kuklińskiemu, uważa go za narodowego bohatera, za jednego z ojców założycieli niepodległej Polski. Jego film próbuje tę tezę udowodnić. Niestety, czyni to niedoskonale. Zamiast wielowymiarowej analizy postawy Kuklińskiego wystawia laurkę. Bynajmniej nie samemu pułkownikowi, tylko stylizującemu się na polskiego Michaela Moore’a Jabłońskiemu.

Przez bite dwie godziny reżyser nie schodzi właściwie z ekranu, komentując z offu poczynania swego bohatera. Chwała, że udało mu się namówić do rozmowy m.in. marszałka Kulikowa i dyrektora muzeum CIA w Waszyngtonie. Rzecz w tym, że nic ciekawego z nich nie wydobył. Jabłoński nie zdążył nagrać wywiadu-rzeki z Kuklińskim, mającego być główną atrakcją filmu. Bohater zmarł w przeddzień umówionych zdjęć. „Gry wojenne” są więc swego rodzaju pośmiertnym epitafium na jego cześć. Owszem, prezentującym czasami dokumenty powszechnie nieznane, jak zapiski Anoszkina, adiutanta Kulikowa (o okolicznościach wprowadzania stanu wojennego). Ale niewyjaśniającym do końca zagadek życia pułkownika. Na wielki film o Kuklińskim trzeba więc jeszcze trochę poczekać.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj