szukaj
Recenzja filmu: "Hanami - kwiat wiśni", reż. Doris Dorrie
Hanami - kwiat wiśni
Na granicy patosu i kiczu

Niemiecka reżyserka i pisarka Doris Dorrie pozostaje pod wielkim wpływem kultury Dalekiego Wschodu. Jest też buddystką. W jej twórczości filmowej (m.in. „Nadzy”, „Czy jestem piękna”) orientalne inspiracje nie są jednak specjalnie widoczne. Dopiero najnowszy dramat „Hanami – kwiat wiśni” dyskretnie je odsłania. To jej najbardziej osobisty film poświęcony tragiczne zmarłemu mężowi, w którym stara się opowiedzieć o niewygasłej, wciąż łączącej ich miłości. Czuje się tu powściągliwą atmosferę „Tokijskiej opowieści” Ozu. Ważną rolę pełni tu taniec butoh – osobliwe połączenie rytualnych, pięknych ruchów ciała ze swobodną ekspresją, wyrażającą pamięć o zmarłych.

Połowa dramatu rozgrywa się w Tokio i u podnóża świętej góry Fudżi. Wyprawa do Japonii stanowi desperacki akt wiary emerytowanego niemieckiego urzędnika (świetna rola Elmara Weppera), któremu wydaje się, że tylko poznając nieznaną mu bliżej pasję żony zbliży się do niej po jej śmierci. Przez długie lata pożycia małżeńskiego bohaterów łączyło bardzo silne uczucie (jak miłość reżyserki i jej męża). Bezgraniczne oddanie żony zmusiło ją do rezygnacji z marzeń. Kobieta (Hannelore Elsner) chciała wyjechać do Azji, być tancerką butoh, on jakby tego nie brał serio, może nawet lekceważył. Lecz kiedy odeszła, pakuje jej sukienki, fotografie, na których występuje w kimonie, zbierane latami pocztówki z widokiem Fudżi, i jedzie tam, gdzie ona zawsze pragnęła być. Niezwykła podróż stanowi zarazem wędrówkę w poszukiwaniu innego wymiaru emocjonalności. Już bez ziemskich ograniczeń.

Dorrie balansuje na granicy patosu i kiczu. Wychodzi jednak z tej próby zwycięsko. „Hanami” to wzruszająca, poetycka baśń o tym, co zdarza się bardzo rzadko albo wcale. O dojrzałej, nieprzemijającej nawet w obliczu śmierci miłości.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj