Recenzja filmu: "Walkiria", reż. Bryan Singer
Walkiria
Zapotrzebowanie na portret dobrego Niemca nieudacznika?

Nie wydaje się, by „Walkiria” z Tomem Cruise’em w roli Clausa von Stauffenberga rozgrzała polską widownię. Ale też jej nie zmrozi. Jest to nieźle zagrany kawałek amerykańskiego kina akcji, bez żadnych zaskoczeń i bez pogłębionych analiz psychologicznych. Obawy, że film Bryana Singera będzie heroizował opór oficerów Wehrmachtu przeciwko Hitlerowi, nie potwierdzają się. Film pokazuje raczej, jak słabi i nieudolni byli spiskowcy, którzy 20 lipca 1944 r. próbowali zgładzić Hitlera i odebrać jego najbliższym zausznikom władzę w Niemczech. Film dość wiernie trzyma się faktów i ma kilka bardzo dobrych fragmentów. Świetna jest scena w sali dalekopisów po nadejściu (błędnej) wiadomości o śmierci Hitlera, sekretarki po kolei podnoszą do góry prawą rękę na znak, że zgłaszają ważną wiadomość. Nieźle jest też pokazany moment, gdy jasne staje się, iż zamach stanu się nie udał, bo zamachowcy tracą połączenia telefoniczne i gorączkowo myślą, jak uratować swoją skórę.

Takich perełek jest na ekranie więcej, ale niestety nie składają się one na wielki film. We wcześniejszych niemieckich ekranizacjach nie sama akcja – zresztą, jak wiadomo, spartaczona – była w centrum uwagi, lecz wewnętrzna przemiana ludzi, którzy kiedyś popierali Hitlera, a potem pod wpływem niemieckich zbrodni i klęsk na froncie zwrócili się przeciwko niemu, wiedząc zarazem, że zwracają się przeciwko większości własnego społeczeństwa. W amerykańskiej „Walkirii” tego wszystkiego nie ma. Jest klasyczny schemat walki dobra ze złem, przy czym dobro przegrywa, bo los tak chciał – bomba nie zabiła Hitlera, a spiskowcy – poza jednym człowiekiem czynu – byli ludźmi małej wiary. Tom Cruise nie bardzo potrafi zagrać niemieckiego oficera arystokratę. Owszem, ma prezencję, dobrze wygląda w mundurze Afrika Korps, jest nawet trochę podobny do Stauffenberga. Niemniej nie emanuje z niego elegancja i siła woli Stauffenberga, która sprawiała – jak twierdzą znajomi – że dominował w każdym towarzystwie. Cruise natomiast, nawet w niemieckim mundurze, jest nadpobudliwym amerykańskim chłopakiem z awansu, który w agresywny sposób chce odnieść sukces.

Otrzymaliśmy film, który da się oglądać, ale który nie za bardzo pogłębi czy zmieni świadomość historyczną dzisiejszego widza. Nie wydaje się też, by odniósł sukces kasowy, choć w USA – po pierwszych oporach widowni – „Walkiria” sprzedaje się nieźle. Zaledwie w ciągu trzech miesięcy zwróciła 75 mln dol. z 90, jakie film kosztował. Wygląda na to, że jest tam zapotrzebowanie na portret dobrego Niemca nieudacznika...

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj