Recenzja filmu: "Harakiri", reż. Masaki Kobayashi

Zemsta samuraja
Demitologizacja rygorów kodeksu honorowego

Wydany ostatnio na DVD film Masakiego Kobayashi „Harakiri” dostał w 1963 r. Specjalną Nagrodę Jury na festiwalu w Cannes, a dziś wymienia się go wśród największych osiągnięć japońskiego kina, obok takich tytułów jak „Rashomon” czy „Siedmiu samurajów”. Akcja toczy się na początku XVII w., w Japonii zapanował spokój, z którego dobrodziejstw nie mogą korzystać jedynie samuraje, zwłaszcza ci, którzy stracili swych panów, zwani roninami. Honorowym wyjściem dla zdegradowanego samuraja jest seppuku, zwane potocznie harakiri.

Roninem jest główny bohater filmu Hansiro Tsagumo, który przybywa na dwór księcia Iyiego, aby prosić o pozwolenie na popełnienie rytualnego samobójstwa na dziedzińcu pałacowym. Reprezentujący władcę doradca zgadza się, ale najpierw, ku przestrodze, opowiada tajemniczemu gościowi historię innego ronina, który przybył z podobną prośbą, a następnie prosił o dwa dni zwłoki, lecz jego prośba nie została wysłuchana. Kodeks honorowy liczył się bowiem bardziej niż osobista tragedia samuraja, który konał w mękach, kalecząc się bambusowym mieczem. Hansiro Tsagumo w rewanżu opowiada swoją historię, która łączy się z tamtą. Jak się okaże, owym biednym samurajem był jego zięć, za którego krzywdę pragnie się teraz zemścić.

Film Kobayashiego, wpisując się w aktualny wówczas w Japonii spór o stosunek do tradycji, demitologizował bezwzględne rygory kodeksu honorowego, pochodzącego z czasów feudalnych. Dziś podziwiamy przede wszystkim klasę mistrzowską reżysera i wspaniałe aktorstwo.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj