Recenzja filmu: "Powrót do Brideshead", reż. Julian Jarrold
Powrót do Brideshead
Emocjonalny chłód filmu

Zekranizowana przez Juliana Jarrolda saga Arthura Evelyna St. Johna Waugha „Powrót do Brideshead” wchodzi w poczet 100 arcydzieł brytyjskiej literatury, niemniej na ekranie jej wielkość jakoś nie przekonuje. Autor zajmuje się losami nisko urodzonego młodzieńca obdarzonego talentem malarskim (Matthew Goode), przeżywającego zauroczenie bogatą rodziną Marchmain. W szczególności najmłodszym spadkobiercą rodu, słynącym z hulaszczego trybu życia homoseksualistą (Ben Whishaw), którego poznaje w czasie studiów w Oxfordzie. Oraz jego piękną siostrą (Hayley Atweli), zafascynowaną nim w równym stopniu co jej brat.

Uczuciowe perypetie tej trójki rzucone zostały na tło zgoła nietypowe, mianowicie międzywojennej, katolickiej ortodoksji, uosobionej w figurze lodowatej, despotycznej matki rodzeństwa (Emma Thompson), nieakceptującej z wyżyn swojej wiary ich miłosnych wyborów. Stąd dramat: nieszczęsny homoseksualista wybiera ucieczkę w alkohol, jego siostra musi poślubić niekochanego arystokratę, a bohater, agnostyk odmawiający przejścia na katolicyzm, zostaje przez rodzinę odtrącony. Elegancko fotografowana, w sumie niezbyt porywająca historia z życia wyższych sfer wygląda na rozwleczoną do ponad dwóch godzin kopię romansów Jane Austen. Aktorsko, a zwłaszcza scenograficznie nie ma się do czego przyczepić. Gdyby nie emocjonalny chłód filmu wywołany zdystansowaną, nostalgiczną narracją, można by nawet mówić o głębszych doznaniach.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj