szukaj
Recenzja filmu: "Człowiek na linie - Man on wire", reż. James Marsh
Człowiek na linie - Man on wire
Zasłużony Oscar za najlepszy dokument ubiegłego roku

Zanim jeszcze nastała moda na sporty ekstremalne i turystyczne loty w kosmos, żyli na świecie artyści, dla których pokonywanie granic łączyło się z doznaniem nieomal mistycznym. Igranie z życiem nie było dla nich tylko bezczelnym popisem brawury, lecz czymś zgoła odmiennym – poszukiwaniem ekstazy, piękna, spełnienia. 35 lat temu takim śmiałkiem podążającym za głosem swojej wyobraźni był Philippe Petit, francuski linoskoczek, który uparł się, by spacerować po chmurach. Dzięki stalowej linie, rozwieszanej pomiędzy przęsłami mostu albo wieżami katedr, mógł to marzenie realizować. Świadkowie jego happeningów podziwiali cyrkowe umiejętności akrobaty, jego kocią zręczność, opanowanie, on jednak czuł się dziwnie nieszczęśliwy. Marzył o podniebnej przechadzce między nowojorskimi wieżami World Trade Center – swego czasu najwyższymi budynkami na Ziemi.

Pełnometrażowy dokument „Człowiek na linie” Jamesa Marsha opowiada o realizacji tego szaleńczego pomysłu. Linoskoczkiem opiekowali się przyjaciele. Pod ich okiem Petit ćwiczył, obliczał naprężenia stalowej liny, mierzył kąty ustawienia oraz badał sposoby zaczepienia. 7 sierpnia 1974 r. zawisł w powietrzu, na wysokości 410 m, na linie umocowanej między dachami WTC. Ten wyczyn go zmienił. Stał się bohaterem. Ale też trochę innym człowiekiem, dla którego przyjaźń przestała się liczyć. Film składa się z relacji osób uczestniczących w tym artystycznym przestępstwie stulecia (całą akcję zorganizowano nielegalnie); sporo w nim archiwaliów. Efekt jest nadzwyczaj udany. To skrzyżowanie thrillera z dramatem psychologicznym, który mógłby nakręcić Herzog. Zasłużony Oscar za najlepszy dokument ubiegłego roku.

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj