Recenzja filmu: "Mleko", reż. Semih Kaplanoglu
Mleko
Dla widza z Zachodu może to być mleko denerwujące

Zbliżenie kobiety wiszącej twarzą do ziemi. Unieruchomionej na drzewie. Z jej ust wyłania się głowa węża. Jakieś ręce wyciągają czarnego gada. Takich elektryzujących, naturalistycznych obrazów z pogranicza złego snu, surrealistycznej poezji i brutalnej rzeczywistości jest w „Mleku” więcej.

Turecki reżyser Semih Kaplanoglu buduje niepokojący nastrój i głównie nim opowiada intymną historię trudnej relacji 40-letniej matki oraz zdającego maturę syna. Robi to sprawnie, długimi, przemyślanymi ujęciami, tak jak nie przymierzając Tarkowski. Proste sprawy urastają na ekranie do rangi symbolu, odnosząc się do spraw ostatecznych. Stąd wrażenie obcowania z dziełem zgoła metafizycznym, mimo że treść nie odpowiada temu zupełnie. Chłopak z głową w chmurach, łudzący się, że zostanie poetą, otrzymuje powołanie do wojska. Owdowiała matka chce ułożyć sobie życie z zawiadowcą stacji. To rodzi konflikt, bo w anatolijskiej wiosce dojrzała kobieta, na której spoczywa obowiązek wychowywania dzieci, nie ma prawa dążyć do szczęścia. Musi się poświęcić. W filmie Kaplanoglu ważną rolę odgrywa opozycja tradycja–nowoczesność. Ukazana też oczywiście za pomocą dziwnych obrazów, bez słów. Dla widza z Zachodu może to być denerwujące.

„Mleko” stanowi drugą część autobiograficznego tryptyku reżysera. Pierwsza zatytułowana „Jajko” o dylematach dorosłego mężczyzny już została nakręcona. Ostatnia właśnie powstaje. Może oglądane razem ułożą się w bardziej czytelny wzór.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj