Recenzja filmu: "Che. Rewolucja", reż. Steven Soderbergh

Che. Rewolucja
El Comendante: piękna hagiografia

Trudno określić dwuczęściową epopeję Stevena Soderbergha, poświęconą słynnemu El Comendante, innym słowem niż piękna hagiografia. W sumie trwa ona ponad cztery i pół godziny, lecz polski dystrybutor zdecydował się na wyświetlanie jej w dwóch rzutach. Na początek oglądamy więc rozdział zatytułowany „Che. Rewolucja”, opisujący najsłynniejszy epizod legendarnej drogi lekarza-partyzanta, a mianowicie obalenie w 1959 r. reżimu kubańskiego dyktatora Batisty. Jak na gatunek historyczny przystało, film dość wiernie, ale i z odpowiednim rozmachem odtwarza początkową fazę marszu na Hawanę, kiedy jeszcze losy rebelii nie były przesądzone.

Che – fantastycznie zagrany przez Benicia Del Toro – został przez Soderbergha ukazany jako rozumny, współczujący dowódca, który czasami musi uciekać się do przemocy, aby osiągnąć polityczne cele. O tym, jak Amerykanie postrzegają diabolicznego watażkę, dowiadujemy się z prowadzonego równolegle wątku relacjonującego pobyt Guevary w nowojorskiej siedzibie ONZ w 1964 r. Zdjęcia przedstawiające palenie cygar na rządowych przyjęciach, rozdawanie autografów lewicowym dziennikarzom oraz odpowiedzi na podchwytliwe pytania w stylu, czy chce wzniecić rewolucję w USA, są dla kontrastu nakręcone na czarno-białej taśmie. Wtedy na Manhattanie narodziła się właśnie światowa legenda Che – charyzmatycznego inteligenta, apologety socjalizmu, ikony rewolucji.

Oczywiście, można i należy mieć zastrzeżenia do zbyt „gładkiego” wizerunku cierpiącego na astmę argentyńskiego bojownika, który pomógł zwyciężyć Fidelowi Castro. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Soderbergh stworzył ciekawe widowisko, na którym nie sposób się nudzić.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj