Recenzja filmu: „Shultes”, reż. Bakur Bakuradze

Shultes
Wyciszony dramat na temat tożsamości współczesnych Rosjan

Styl filmowania, który jedni nazywają minimalizmem, inni neorealizmem, polegający na długim przeciąganiu ujęć i śledzeniu pozornie nic nie znaczących czynności, był do niedawna specjalnością Azjatów. Z powodzeniem przyjął się jednak również w Europie, czego dowodem rosyjski wyciszony dramat Bakura Bakuradze „Shultes”. W powolnym, kontemplacyjnym rytmie została w nim opowiedziana historia moskiewskiego kieszonkowca (Gieła Czitawa), byłego sportowca, który cierpi na tajemnicze schorzenie. Kradnąc w metrze, ale też odwiedzając brata w wojsku i opiekując się umierającą matką, bohater sprawia wrażenie jakby nieobecnego, wypranego z emocji, co znajduje uzasadnienie w diagnozie lekarskiej. Jest chory na amnezję, nic nie pamięta na skutek obrażeń wyniesionych z wypadku samochodowego. Kolejny film o problemach z powrotem do normalności? Nic podobnego.

„Shultes” to precyzyjnie skonstruowany esej filozoficzny na temat tożsamości współczesnych Rosjan, którzy nie potrafią dać sobie rady z koszmarną spuścizną po komunizmie. Uświadomienie sobie i zrozumienie prawdy jest trudne, w zasadzie niemożliwe. Natomiast odcięcie od przeszłości – jak pokazuje Bakuradze – wiedzie wprost do katastrofy. Film bez przesady uznać należy za jeden z najważniejszych ostatnio zrealizowanych w Rosji. Ciekawostką jest to, że wystąpili w nim niemal wyłącznie amatorzy. W dużej mierze dzięki nim oraz paradokumentalnej manierze kręcenia „Shultes” brzmi tak wiarygodnie.


Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj