Recenzja filmu: "Wniebowstąpienie", reż. Łarisa Szepitko

Święty partyzant
Kto by pomyślał, że takie filmy powstawały w ZSRR

To dziś może wydawać się dziwne, ale takie filmy też powstawały w Związku Radzieckim. „Wniebowstąpienie” Łarisy Szepitko (1976) w niczym nie przypomina typowego filmu o dzielnych partyzantach. Obraz jest czarno-biały, ale dominuje biel, bezkresne pola zasypane śniegiem, przez które przedzierają się dwaj partyzanci w poszukiwaniu żywności dla swego konającego z głodu i chłodu oddziału. Wpadają w ręce Niemców, a wraz z nimi niewinna kobieta, matka trojga dzieci, która dała im schronienie. Okupanci, wspierani przez miejscowych ochotników służących w policji (a więc byli też w Sojuzie kolaboranci!), próbują wydobyć z zatrzymanych informacje o leśnych oddziałach.

Pierwszy z partyzantów, inteligent, jest zdecydowany ponieść najwyższą ofiarę, by ratować współtowarzyszy niedoli. Drugi, prosty chłopak, chce za wszelką cenę przeżyć. Prowadzący śledztwo ma nad nim przewagę, podczas gdy wobec jego kolegi pozostaje bezradny. Od tego momentu „Wniebowstąpienie” staje się moralitetem, przypowieścią o duchowych wyborach, o sensie ofiary (nie przypadkiem film Szepitko został obszernie omówiony w „Światowej encyklopedii filmu religijnego”). Krytyka zwracała uwagę, iż Boris Płotnikow grający nieugiętego partyzanta przypomina postać Jezusa z obrazu El Greco. Jego upodlonemu kompanowi przypada rola Judasza, śledczy zaś zostaje Piłatem. Odwołania do Ewangelii widać też w końcowej scenie wędrówki skazańców na miejsce kaźni. Film wyrafinowany formalnie, świetnie zagrany, może poruszać także dzisiaj.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj