Recenzja filmu: "Afonia i pszczoły", reż. Jan Jakub Kolski
Afonia i pszczoły
Niestety, scenariusz nie jest najmocniejszą stroną filmu

Jest w nowym filmie Jana Jakuba Kolskiego Afonia, są pszczoły, a ponadto jeszcze niewymienieni w tytule zapaśnicy, wśród których pokazuje się nawet Kroton z „Quo vadis”. Ursus się nie pojawia, ale mocne sceny walk mogą się podobać. Wyjaśnijmy jednak od razu, że „Afonia i pszczoły” nie jest filmem o tematyce sportowej. O czym więc? Przypuszczalnie o miłości. Akcja rozpoczyna się w 1953 r., w dniu śmierci Stalina.

Tytułowa Afonia, mieszkająca na stacyjce, przez którą nie przejeżdżają już pociągi, zadurzyła się w Rosjaninie wyrzuconym pewnego dnia z samochodu w pobliżu jej domu. (Kto go tak potraktował i jak to się ma do dalszego ciągu zdarzeń, tego się nie dowiemy). Kobieta spragniona jest uczuć i prawdziwego mężczyzny, ponieważ jej małżonek, niegdyś mistrz zapaśniczy, teraz nie wstaje z wózka inwalidzkiego. Spadł z dachu ściągając kotka, co ma zapewne sugerować, że jest człowiekiem dobrym, więc tym bardziej musi cierpieć, widząc, że małżonka zdradza go z przybyszem, w którym on rozpoznaje byłego zapaśnika, pragnącego mu wykraść mocno strzeżoną tajemnicę. Czy z podobnym zamiarem przybył na stacyjkę były zapaśnik niemiecki, teraz jeniec skierowany do robót przy torach? Byłby to zatem przypuszczalnie film jednocześnie sensacyjny, gdyby reżyser dopuścił widza do tajemnicy, wokół której buduje intrygę. Tak się jednak nie dzieje, zaś obszerne retrospekcje też niewiele wyjaśniają.

Niestety, scenariusz nie jest najmocniejszą stroną filmu. Skoro z fabułą są tak poważne kłopoty, pozostaje podziwianie tego, co zawsze w filmach Kolskiego lubiliśmy i co tutaj też mamy: poetyckie klimaty, ludzi jakby z innej planety, dobrych aktorów. Najbardziej zachwyca plener, znaleziony gdzieś na ziemi kłodzkiej. To mogło być tło do pięknego filmu.

Poleć stronę

Zamknij