Recenzja filmu: "Berlin calling", reż. Hannes Stöhr

Berlin calling
Zmagania zaćpanego didżeja

Słynna płyta punkowego zespołu The Clash „London calling” z 1979 r. była manifestem frustracji i buntu młodych bezrobotnych Brytyjczyków, szukających (złudnej) pociechy w narkotykach. „Berlin calling” Hannesa Stoehra, mimo nieuniknionych skojarzeń z tamtym tytułem, jest tylko dość uproszczonym filmowym plakatem, ilustrującym na przykładzie losów fikcyjnego muzyka główne problemy niemieckiej sceny techno. Opis klubowego środowiska, w którego żyłach mieszają się wszelkie odmiany chemicznych substancji, od ketaminy, amfetaminy, przez halucynogeny PMA, aż po znane chyba jedynie medycznym ratownikom THC, brzmi interesująco, może nawet odważnie, jednak na ekranie rozmywa się w pedagogicznym pustosłowiu i mało odkrywczej fabule.

Zmagania zaćpanego didżeja z narkotycznym głodem w scenerii sterylnego szpitala, kierowanego przez pozbawioną ludzkich uczuć panią psycholog, zresztą ekshipiskę (Corinna Harfouch), wyglądają na niezamierzoną parodię „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Postawa młodego inteligenta, tworzącego elektroniczne sety na laptopie, zamiast budzić niepokój i podkreślać zżerający go nałóg, budzi bezgraniczne zaufanie. Zaś jego nieskażona głębszym cierpieniem twarz bardziej się nadaje do reklamy zdrowej żywności niż do opisu stanów chorobowych po połknięciu zbyt dużej ilości ecstasy. Co ciekawe, Paul Kalkbrenner, grający faszerującego się prochami didżeja, dzielnie radzącego sobie ze zdradami dziewczyny z przedstawicielką tej samej płci (z facetem byłoby przecież zbyt banalnie), jest autentycznym muzykiem z niemałym doświadczeniem clubbingowym, mogącym się pochwalić już trzema wydanymi krążkami. Jego obecność w filmie wydaje się więc uzasadniona. Niestety, nie tłumaczy ona specjalnie dramatu bohatera.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj