Recenzja filmu: "Bobby" reż. Emilio Estevez

Małe tragedie amerykańskie
Widowiskowy film, choć lekko rozczarowuje

Zabójstwo Roberta Kennedy’ego w 1968 r. w hotelu Ambassador w Los Angeles położyło kres nadziei na szybsze zakończenie wojny w Wietnamie. Widowiskowy film znanego aktora i reżysera Emilio Esteveza „Bobby” (prywatnie najstarszego syna Martina Sheena), wydany u nas na DVD, nie wyjaśnia okoliczności tej zbrodni, nie tłumaczy kto i dlaczego zabił. Jednak sam zamach i twarz mordercy pojawiają się w finałowej scenie dwugodzinnego dramatu poświęconego tak naprawdę nie kandydatowi na prezydenta, tylko jego wyborcom: zwykłym Amerykanom przeżywającym w dniu zabójstwa swoje małe tragedie.

Postaci jest kilkanaście. Jest historia młodej pary, która bierze ślub tylko po to, aby chłopak nie trafił na front. Jest zdradzający mąż, wykorzystujący dyrektorskie stanowisko, oraz piosenkarka-alkoholiczka, a także Meksykanin zakochany w amerykańskim futbolu itd. Tak jak w altmanowskich panoramach społecznych wszystkich bohaterów grają hollywoodzkie sławy, m.in.: Anthony Hopkins, Sharon Stone, Lindsay Lohan, Demi Moore, Elijah Wood. W sumie jest więc na co popatrzeć, choć całość tej mozaiki lekko rozczarowuje, zwłaszcza gdy na końcu narrator wygłasza patetyczny apel o zaprzestanie przemocy i pojednanie pogrążonego w wojnie narodu. 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj