Recenzja filmu: "La libertad", reż. Lisandro Alonso
La libertad
O czym naprawdę jest ten film, pewności nie ma

"La libertad” to debiutancki, nakręcony w 2001 r. film Argentyńczyka Lisandro Alonso – zrealizowany w paradokumentalnej manierze eksperyment, w którym autor za pomocą beznamiętnej obserwacji próbuje się opowiedzieć o dziwnym losie człowieka. Znany dziś reżyser dopiero tworzył wtedy zręby osobliwego, minimalistycznego języka, polegającego na łączeniu długich ujęć z niemal antropologicznym zapisem codziennych rytuałów całkiem przeciętnych bohaterów. Tu jest nim drwal z Pampy (Misael Saavedra).

Kamera towarzyszy mu przy przyrządzaniu śniadania, załatwianiu czynności fizjologicznych, obróbce drewna, tankowaniu benzyny itd. Dopiero po 45 minutach pojawia się lakoniczny dialog w budce telefonicznej, z którego można się domyślić, że ma syna, że prawdopodobnie znudziło mu się życie w mieście, ale nie zdecydował się jeszcze na ostateczne zerwanie z rodziną. Dlaczego wyjechał, jaka tragedia się za tym kryje, co dalej zamierza – nie wiadomo. Z zachowania mężczyzny trudno cokolwiek wywnioskować poza tym, że jest mu niewątpliwie ciężko. Zarabia grosze, mieszka w szałasie, poluje na pancerniki, które potem piecze w ognisku. Czy tak sobie wyobrażał wolność? „La libertad” mówi o wyrwaniu się z cywilizacyjnej rutyny i tworzeniu utopii pod pozorem nadawania kierunku swemu losowi. O czym naprawdę jest ten film, pewności jednak nie ma żadnej.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj