Recenzja filmu: "Lepsze rzeczy do roboty" reż. Duane Hopkins

Lepsze rzeczy do roboty
Mocne, szczere, realistyczne kino

Mocne, szczere, realistyczne kino z kręgu Kena Loacha oraz Mike’a Leigh znalazło wreszcie godnych kontynuatorów. Oprócz Andrei Arnold i Lynne Ramsey do grona młodych zdolnych dołączył właśnie Duane Hopkins, autor poruszającego debiutu „Lepsze rzeczy do roboty”. Jego film to pozornie tylko naturalistyczny opis monotonii prowincjonalnego życia na południu Anglii.Charakterystyczną dla Brytyjczyków drapieżność obserwacji społecznej reżyser nasyca tu nostalgią, poezją, delikatnym spojrzeniem na relacje z bliskimi.

Hopkins nie opowiada jednej historii. Raczej splata odległe, istniejące niezależnie od siebie wątki, przygląda się bardzo różnym wiekowo bohaterom, stawiając na domyślność widza. Interesuje go porównanie zachowań ludzi cierpiących z powodu uczuciowej blokady. Pragnących kochać, lecz nieumiejących we właściwy sposób okazać czułości. Przykładowo – nastolatka pogrążającego się w narkotykowym nałogu po śmierci swojej dziewczyny. Małżeństwa z 60-letnim stażem, które nie odzywając się do siebie przez dekady, nie jest w stanie rozwiązać problemu dawno zaistniałej zdrady. Samotnej, młodej dziewczyny chorej na agorafobię, opiekującej się umierającą babcią.

Każda z tych sytuacji podszyta jest trochę innymi emocjami: smutkiem, melancholią, poczuciem izolacji, niemocą przeciwstawienia się wyrokom losu. Każda zaskakuje też nieporadnością i nieoczekiwanym podobieństwem zagubionych życiowo postaci, bardziej uciekających od rzeczywistości, niż próbujących stawić jej czoło. W tym przygnębiającym, na swój sposób jednak pięknym filmie, przywodzącym na myśl wysmakowane obrazy Terence’a Daviesa, główne role zagrali nieprofesjonalni aktorzy. Dzięki ich poświęceniu i dyskretnej reżyserii wrażenie autentyczności jest porażające.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj