Recenzja filmu: "Służąca", reż. Sebastian Silva

Służąca
Przykład ambitnego, nieszablonowego kina

Kompleks kolonializmu, silnych podziałów klasowych ciąży mocno na współczesnym obliczu Ameryki Łacińskiej, co dobrze ilustruje docierająca do nas fala filmów z tamtego regionu. Nagrodzony w Sundance i Krakowie dramat psychologiczny młodego Chilijczyka Sebastiana Silvy „Służąca” jest przykładem ambitnego, nieszablonowego kina, równie wnikliwie opisującego to zjawisko co głośny argentyński „Cień” Lisandra Alonso. Mimo łudzących podobieństw w sposobie realizacji (minimalizm) oraz wyborze mało atrakcyjnych bohaterów (oddanych sług swoich panów), zwraca uwagę reżyserska umiejętność wykraczania poza błahy obyczajowy opis nadawania metaforycznych znaczeń pozornie nijakim, bezbarwnym sytuacjom.

41-letnia gosposia (Catalina Saavedra), od ponad 20 lat pełniąca sumiennie funkcję sprzątaczki, troskliwej opiekunki do dzieci, perfekcyjnej kucharki oraz gorliwej służącej codziennie przynoszącej do łóżka śniadanie swoim gospodarzom, nie ma życia prywatnego, bo wypełnia je zastępczą relacją z arystokratyczną rodziną, do której nie należy. Znaczna część filmu pokazuje komplikacje osobowości tej kobiety, uświadamiającej sobie konsekwencje upokarzającej sytuacji, w jakiej się znalazła. Z jednej strony jest osobą na posyłki, przed którą zamyka się drzwi, z drugiej czuje się domownikiem zaprzyjaźnionym ze wszystkimi. Obchodzi z nimi swoje urodziny. Oni pomagają jej w sprzątaniu, opiekują się nią w czasie choroby. To bolesne rozdarcie, podszyte brakiem własnej tożsamości, rywalizacją z nowymi służącymi urasta w filmie do rangi smutnego symbolu społecznej nierówności, wykorzystywania przez kapitalistyczny system niewinnych, słabych ludzi, gotowych wyrzec się siebie i zaharować na śmierć, byle zadowolić „dobrego” pracodawcę.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj