Recenzja filmu: "Moja wielka grecka wycieczka", reż. Donald Petrie
Moja wielka grecka wycieczka
Humor rodem z telewizyjnych oper mydlanych

Lekka, wakacyjna komedia romantyczna Donalda Petrie „Moja wielka grecka wycieczka” nie jest kontynuacją głośnego przeboju sprzed kilku lat, „Moje wielkie greckie wesele”, opiera się jednak na podobnym pomyśle. Samotna kobieta szuka sobie partnera spoza kręgu kulturowego, w którym się wychowała, co stanowi doskonałą okazję do obśmiania narodowych stereotypów. W obu filmach chodzi o Greków i Amerykanów, przyglądających się sobie z perspektywy popkulturowych mitów.

W roli głównej występuje ta sama kanadyjska aktorka greckiego pochodzenia Nia Vardalos. Tym razem jednak nie w roli przebojowej kelnerki, znajdującej sobie narzeczonego Amerykanina, tylko przewodniczki oprowadzającej niesforne grupy amerykańskich turystów po perłach greckiej kultury, zakochującej się w rodowitym Greku. Wątła, melodramatyczna fabuła prowadzi do oczywistego skądinąd morału, iż seks, przyjaźń, słońce i plaża są fajniejsze od nudnego zwiedzania zabytków. Zaś lekcje historycznych mądrości przyswaja się lepiej, wsłuchując się w szum przelatującego między ruinami wiatru. Ponadto nie ma to jak towarzystwo życzliwych osób, które mimo nieznośnych czasem wad w odpowiednim momencie wyciągną do zdołowanego człowieka pomocną dłoń.

Film Petriego bazuje na bardzo prostym humorze, rodem z telewizyjnych oper mydlanych, na szczęście nie przesadza z dosadnością, zachowuje wdzięk i nie schodzi poniżej poziomu dobrej, familijnej zabawy. Spodoba się szczególnie tym, którzy wrócili właśnie z urlopu i mają ochotę powspominać spocone twarze w pozbawionym klimatyzacji autobusie albo niedziałającą windę w wymarzonym hotelu, który okazał się dwugwiazdkową norą. W tle pocztówkowe krajobrazy Olimpii, Delf, Akropolu, słowem – miód dla ogłupiałego od wakacyjnych wrażeń turysty.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj