Recenzja filmu: Małe sekrety, reż. Alice Nellis
Małe sekrety
Jak Czesi to robią? Prawie nic się nie dzieje, a film wciąga

Jak Czesi to robią? Prawie nic się nie dzieje, a film wciąga, jakby opowiadał sensacyjną historię. Podobnie jest w „Małych sekretach” Alice Nellis (Czeszka, jak najbardziej, tylko wyszła za Amerykanina), które z siedmioletnim opóźnieniem wchodzą na nasze ekrany. Zanim trafią do Polski kolejne tytuły coraz bardziej cenionej reżyser, zobaczmy, od czego zaczynała. W prologu mamy scenę erotyczną, niech jednak początek nas nie zmyli, bo dalej film opowiada o czymś zupełnie innym, choć kobieta widziana w pościeli odegra w tej historii ważną rolę.

Wkrótce zobaczymy ją w sytuacji rodzinnej, i to dość niebanalnej: wchodzi mianowicie wraz z mężem w skład mieszczącego się w dwóch samochodach konduktu, który ma przewieźć prochy jej ojca z Czech do małego miasteczka po słowackiej stronie. Trudno nie zauważyć, iż Nellis wykorzystuje sprawdzoną konwencję kina drogi, z tym że największą przygodą, jaka spotyka bohaterów, jest sama sytuacja, w jakiej się znaleźli: mogą ze sobą porozmawiać, powspominać, może nawet zdobyć się na szczerość. Np. żona (ta z prologu) wyzna matce, a potem mężowi, że ma kochanka.

Jest niespełnioną artystką, chciałaby coś w życiu zmienić, stąd ten desperacki i beznadziejny romans. Jej siostra podróżuje z synkiem i powiększającym się brzuchem, ale też ma pretensje do życia. Jest jeszcze matka rodu (świetna Iva Janżurova) i jej teściowa, każda ze swymi wspomnieniami i sekretami. Ale „Sekrety” to nie dramat psychologiczny, więc sporo tu zabawnych scen (choćby to wszystko, co dzieje się wokół przewożonej urny z prochami czy czesko-słowackie sprzeczki na granicy), lecz w finale znowu robi się poważnie i refleksyjnie. Krótko mówiąc, typowe czeskie kino.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj