Recenzja filmu: "Metro strachu", reż. Tony Scott

Metro strachu
Daje się oglądać, głównie dzięki aktorom

W rolach głównych Denzel Washington i John Travolta. Który gra porywacza szaleńca, a który kontrolera ruchu ratującego uwięzionych w metrze pasażerów, nietrudno zgadnąć. Oczywiście pozytywnym bohaterem jest w „Metrze strachu” odtwarzany przez czarnoskórego aktora pracownik dyrekcji nowojorskiego metra, zesłany za karę (wskutek brzydkich podejrzeń) do centrum kontroli ruchu, skąd obserwuje pociągi pędzące po torach nowojorskiej kolei podziemnej.

Dzień jak co dzień, właśnie mija godzina 14 i rozluźniony kontroler ogłasza: Nareszcie 5 minut wolnego! Kiedy postać filmowa wypowiada tego rodzaju kwestię, to możemy być stuprocentowo pewni, że za chwilę wydarzy się coś strasznego. I właśnie się wydarzyło: nieznani sprawcy porwali skład metra, rozłączyli wagony, pozostawiając sobie tylko jeden, z motorniczym i kilkunastoma pasażerami. Szef porywaczy (Travolta) przelicza wartość zakładników według obowiązujących (?) w Nowym Jorku stawek i wychodzi mu, że miasto powinno w ciągu godziny dostarczyć 10 mln dol. (nie licząc jednego centa).

Jeżeli pieniądze nie zostaną dostarczone w porę, porywacze będą zabijać zakładników, co minutę jednego. Wprawdzie do centrum kontroli przybywa zawodowy negocjator (John Turturro, też pierwszorzędny aktor), lecz Travolta chce dalej rozmawiać tylko z Washingtonem. A czas mija. Reżyser Tony Scott najwidoczniej nie wierzył, że tyle emocji wystarczy, więc serwuje widzowi dodatkowe atrakcje. Kamera wyczynia cuda, zaś montaż jest tak szybki, że chwilami oczy bolą od patrzenia na migające obrazki. Co jeszcze gorsze – znając reguły tego typu filmów, z góry można przewidzieć, jak wszystko się skończy. Mimo tych mankamentów film daje się oglądać, głównie dzięki aktorom. A ponadto w kinach nie ma wielkiego wyboru.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj