szukaj
Recenzja filmu: "Bunt", reż. Masaki Kobayashi
Bunt samuraja
Arcydzieło kina.

Dwa dramaty z epoki samurajów, „Bunt” z 1967 r. i wcześniejszy „Harakiri”, uczyniły Masaki Kobayashiego najbardziej znanym, obok Akiry Kurosawy, japońskim reżyserem. Niedawno dostaliśmy na DVD „Harakiri”, obecnie ukazuje się drugi tytuł – bez wątpienia arcydzieło kina. Syn samuraja zostaje zmuszony do poślubienia kochanki księcia, która została wygnana z dworu. Dwa lata później dziecko, które urodziła władcy, zostaje następcą tronu.

Książę chce odebrać samurajowi żonę, żąda jej powrotu na dwór. Mąż i teść odmawiają. Zostaje więc porwana, a mężczyznom poleca się popełnienie harakiri… Samuraje buntują się przeciwko księciu, a zarazem przeciwko honorowemu kodeksowi samuraja, który nakazuje bezwzględne posłuszeństwo wobec władcy. „Bunt” to film niezwykle precyzyjny: nie ma w nim zbędnego obrazu, gestu, słowa, dźwięku. Czarno-białe zdjęcia nawiązujące do japońskiego rysunku tuszem, nadają filmowi zdecydowaną surowość. Reżyser budując klaustrofobiczną przestrzeń scenografii „Buntu”, przyznawał się do fascynacji „Matką Joanną od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza.

Co widać w części pierwszej, kiedy akcja rozgrywa się we wnętrzach domu samuraja i pałacu władcy. W finale oglądamy pojedynek z udziałem Toshiro Mifune, najsławniejszego aktora japońskiego tamtych czasów. To jedna z najsłynniejszych scen kina samurajskiego. „W »Buncie« chciałem ukazać człowieka, który widzi bezsens samurajskiego kodeksu – tłumaczył Kobayashi. – Wypowiada mu wojnę i ginie, pozostając niezwyciężonym”.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj